Posted on mar 08, 2012 under Uncategorized |
Minął ponad tydzień od najbardziej egzotycznego maratonu, w jakim brałem udział. Maratonu szczególnie dla mnie ważnego, ponieważ po długim czasie udało mi się przebić przez barierę, która zdawała się dla mnie nie do pokonania. Najpierw jednak czuję się w obowiązku pochylić czoła przed Heńkiem Szostem, który przed kilkudziesięcioma godzinami, również w Japonii ustanowił nowy, rewelacyjny rekord Polski w maratonie. Po 9 latach prześcignął Grzegorza Gajdusa o 1:44 minuty uzyskując czas 2:07:39. To mały krok w dziejach ludzkości, ale wielki w dziejach polskiego maratonu. Czuję jakiś duchowy związek z tym osiągnięciem, ponieważ sam, tydzień wcześniej, także na japońskiej ziemi, poprawiłem własny rekord o 8:50 min. osiągając czas 3:19:21. Ech, gdzie mi do Heńka!!!?

26 lutego 2012. Tokio.
Chłodny poranek i zasnute chmurami niebo zapowiadały idealne warunki pogodowe do walki z królewskim dystansem. Wiatr powiewał leniwie dając do zrozumienia, że i on tego dnia nie sprawi kłopotu. Krótko po godzinie 6 rano, opuściłem hostel Chiyoda Inn i wsiadłem do metra na pobliskiej stacji Minamisenjiu. Po około 40 minutach dojechałem do stacji Shinjuku-nishiguchi położonej najbliżej miejsca startu. Już w podziemiach metra powiało atmosferą maratonu, bowiem na stacji zgromadziło się wielu zawodników chroniących się przed zimnem. Część pogrążona w kontemplacji izolowała się od reszty. Inni zabijali czas rozmową i przygotowywali się przypinając numery startowe albo wykonując proste ćwiczenia. Wychodząc z podziemi ujrzałem majestatyczny i nowoczesny gmach Tokio Metropolitan Government. To tutaj wszystko się zacznie za dwie godziny.
Rozstawione wzdłuż ulic służby porządkowe wskazywały drogę do wejścia na teren wioski maratońskiej. Zostałem wpuszczony po okazaniu numeru startowego i kontroli zawartości plecaka. Przebrałem się w rzeczy do biegu, zostawiając sobie tylko dodatkową bluzę, którą zamierzałem w ostatniej chwili zdjąć i wyrzucić. Resztę spakowałem do specjalnej torby i oddałem do depozytu. Teraz wystarczyło tylko pozostać w ruchu, aby nie dopuścić do wychłodzenia przed startem. Według prognoz i mojego własnego odczucia było około 5 stopni.
Powoli truchtając dostrzegłem faceta około sześćdziesiątki z orzełkiem na piersi i imieniem „Witold” na plecach. „O, Pan z Polski?”; zagadałem. „A niby skąd?” padła burkliwa odpowiedź. No tak, głupie pytanie – pomyślałem – przecież w Tokio roi się od Polaków. Nie czując zachęty do dalszej dyskusji sam kontynuowałem rozgrzewkę. Godzinę przed startem padły komunikaty wzywające do ustawienia się w swoich sektorach. Odnalazłem sektor C, do którego zostałem przypisany na podstawie numeru startowego. Wciąż było tam luźno i jeszcze można było pobiegać. Z czasem jednak przybywało zawodników i coraz trudniej było pozostawać w ruchu. Wielu z nich, zgodnie z międzynarodową tradycją, przebierało się za dziwne postacie. Nie brakowało pokemonów, obcych z migającymi czułkami. Był nawet sam Jezus Chrystus, który postanowił na dystansie 42.195 metrów powtórzyć drogę krzyżową.

Równo o 9:10 zabrzmiało finałowe odliczanie, po którym nastąpił sygnał do startu. Wystrzałowi towarzyszyły wzlatujące w górę wielkie, kolorowe balony i chmura konfetti z setek tysięcy białych serduszek. Rozpoczynaliśmy nasz bieg zagrzewani śpiewem chóru. Mając w pamięci przestudiowany profil trasy, przygotowałem się na bardzo łagodny rozbieg z górki. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie ogromny ścisk nie pozwalający na swobodny bieg we własnym tempie po linii prostej. Chcąc zachować planowaną prędkość byłem zmuszony do biegu zygzakiem, przez co nabijałem setki dodatkowych metrów karnych. Do końca biegu, według pomiaru mojego GPS, uzbierało się ich 940. Po około 3 kilometrach tłum się rozciągnął, pozwalając na stworzenie odrobiny wygodnej przestrzeni. Na kilku pierwszych kilometrach rzeczywiście biegło się łagodnie z górki. Wykorzystując prawo grawitacji zdarzało mi się przebiegać minimalnym nakładem sił nawet kilkusetmetrowe odcinki. To naturalnie sprawiło, że zamiast planowanym tempem 4:50 min/km od razu wskoczyłem na 4:40. Obiecywałem sobie, że to tylko teraz, kiedy teren opada. Później, na płaskim wrócę do planowanego tempa. Kiedy na 8 km biegłem wzdłuż szerokiej fosy otaczającej pałac cesarski, trasa była już zupełnie płaska. Zdrowy rozsądek kazał zwolnić, ale… mnie się naprawdę dobrze biegło w tym tempie, a chłodne powietrze sprawiało, że nawet się nie pociłem.
Bałem się powtórzyć błąd z Maratonu Warszawskiego. Półtora roku wcześniej pobiegłem tam w takim samym tempie. Do 26 kilometra było dobrze, kiedy nagle poczułem, jakby ktoś przez słomkę zaczął wysysać ze mnie całą energię. Na 33 kilometrze wyssał ją do końca, a ja musiałem się zatrzymać i pokonać resztę trasy idąc.
11 kilometr = 1/4 trasy. Mijam piękną świątynię Zōjō-ji, za którą wznosi się Tokyo Tower, konstrukcja wzorowana na wieży Eiffla i jest nawet nieco wyższa od pierwowzoru. Nie umiałem ocenić, czy tym razem tempo nie jest zbyt forsowne. Na wszelki wypadek zwolniłem. Tak mi się przynajmniej wydawało. Jednak, kiedy co jakiś czas sprawdzałem swoją pozycję względem wirtualnego partnera, za każdym razem okazywało się, że coraz bardziej go wyprzedzam, utrzymując swoje 4:40. Po kilku próbach narzucenia sobie wolniejszego tempa, upewniłem się tylko, że wymuszam coś nienaturalnego. Zupełnie jakby w samochodzie, gładko sunącym po autostradzie ktoś zaciągał hamulec ręczny. Zrezygnowałem z prób wymuszania czegokolwiek i postanowiłem biegnąć dalej spontanicznie, wsłuchując się tylko w wewnętrzny głos własnego organizmu. Zadałem mu wtedy pytanie:
- Słuchaj, czy… nie za szybko biegnę? Damy radę tak do końca?
Cisza… Lecz po chwili usłyszałem dobiegający gdzieś ze środka słaby, ale bardzo wkurzony głosik.
- Chyba na łeb upadłeś! Nie pamiętasz co było w Warszawie? Nie przeginaj i pamiętaj, że masz tutaj tylko mnie.
Chyba nie takiej odpowiedzi się spodziewałem. Liczyłem na słowa wewnętrznej zachęty i dopingu, na słowa wsparcia i zapewnienia, że wszystko będzie dobrze.
- Wiesz co? Wypchaj się! Jesteśmy tu sami i nie mogę na Ciebie liczyć. Po co były te setki kilometrów na mrozie i w błocie? Mam znów odbić się od 3 godzin i 28 minut jak mucha od szyby? Najlepiej nie odzywaj się do końca biegu.
Wyłączyłem myślenie i czucie. Nie myśląc i nie czując klepałem nogami jednostajny, monotonny rytm. Uzupełniałem płyny, łykałem odżywki, czasem sprawdzałem czy nie tracę prędkości. Nie myślałem. Mijając półmetek z czasem 1:38:20 przyszło mi do głowy, że jeszcze niedawno nie marzyłem o takim czasie nawet w półmaratonie. A teraz mam ten czas na półmetku pełnego maratonu. Chwilę później dostrzegłem jak na sąsiednim pasie drogi mija mnie czołówka biegu. Wśród nich Heile Gebreselassie. Oni byli już na 34 kilometrze. Biegnąc z prędkością 20 km/h odsadzili mnie o 12 km.
26 kilometr. Mimowolnie porównuję swoje odczucia z tymi, które miałem półtora roku temu w Warszawie. Wtedy na 26 kilometrze po raz pierwszy poczułem, że tracę siły i nie potrafię utrzymać tempa. Teraz wciąż czułem się świetnie i pchałem do przodu jak parowóz.
28 kilometr. Mijam jedno z najpiękniejszych miejsc w Tokio: Asakusa Kaminarimon – wspaniały kompleks świątyń i kapliczek Zen poświęconych Kannon Bodhisattva – japońskiej bogini miłosierdzia.
33 kilometr. Na tym odcinku w Warszawie całkiem opadłem z sił i przestałem biegnąć. Teraz moje samopoczucie coraz trudniej było nazwać „świetnym”, ale maszyna pracowała bez zarzutu. Jeszcze dycha – to mniej niż 50 minut biegu. Dam radę. Ostatecznie pogodzony ze swoim tempem przestawiłem w zegarku wirtualnego partnera na 4:40. Teraz trzymajmy się razem. Już nie będę wyprzedzał.
36 kilometr. Pierwszy most i pierwszy poważny podbieg. Normalnie nie zrobiłby na mnie wielkiego wrażenia, ale wiedziałem, że na tym odcinku mogę się już na takich podbiegach przejechać. Czułem, że nogi słabną, a utrzymanie tempa przychodzi z coraz większym trudem. Profilaktycznie lekko zwolniłem; może to odrobię zbiegając po drugiej stronie mostu. Ok. trochę odrobiłem, ale nie całkiem. W ciągu następnych 4 kilometrów, były jeszcze 3 takie mosty. Biegliśmy przy zatoce i teren poprzecinany był licznymi kanałami. Przypominał mi się maraton nowojorski, w trakcie którego mosty wybijały mnie z rytmu i pozbawiały sił na stromych podbiegach. Te nie były ani tak wielkie, ani tak strome, ale na ostatnich kilometrach maratonu stanowiły duże utrudnienie i kosztowały kilka cennych minut.
39 kilometr. Nagły i ostry ból w prawym kolanie. Z trudem utrzymałem równowagę kiedy noga ugięła się nie wytrzymując mojego ciężaru. Kilka kroków dalej to samo. Oj, niedobrze! Lekko zwolniłem starając się wczuć we wrażenia płynące z bolącego kolana. Starałem się biegnąć tak, by większą siłę wybicia wyprowadzać z lewej nogi. Jeśli się pogorszy, będę musiał przerwać bieg. Cholera, tak blisko!
41 kilometr. Sam nie wiedziałem czy bolące kolano przestało dokuczać, czy też na chwilę udało mi się o tym zapomnieć. Zbiegałem z ostatniego mostu dzielącego mnie od mety. Trudniejszy odcinek oraz problemy z kolanem spowolniły mnie na tyle, że straciłem ponad 300 metrów w stosunku do wirtualnego partnera. To już ostatni kilometr. Chciałbym przyspieszyć i wykorzystać resztki sił, ale mam jakiś psychiczny opór. Ten ostatni kilometr wydaje się nieskończonością i mam wrażenie, że gdybym teraz zwiększył tempo nie wytrzymałbym do końca. Wystarczy, że nie zwolnię. Mam świetny czas i życiówkę w kieszeni. A co jeśli przesadzę i zetnie mnie z nóg przed samą metą? Widziałem już takie przypadki.
42 kilometr. Ostatnia prosta. To tylko 200 metrów i niewiele już mogę zmienić. Jednak mając tak świetny czas zapragnąłem postawić kropkę na „i” wieńcząc dzieło spektakularnym finiszem. Ile sił w nogach, niemal sprintem, wystrzeliłem do przodu wyprzedzając przed samą metą jeszcze kilku zawodników. Na tych ostatnich metrach spaliłem chyba wszystkie rezerwy. Przekroczyłem linię mety z czasem 3:19:21.
Szedłem chwiejąc się na nogach. Nawet nie śnił mi się taki wynik. Jak to się stało? Mijałem ludzi, którzy bijąc brawo składali mi gratulacje po japońsku i po angielsku. Poczułem jak coś mocno chwyta mnie za gardło, jak gwałtownie zapiekły mnie oczy, a gorące krople obficie spływają po moich policzkach. Dostałem wodę, ręcznik, medal. Za chwilę jakieś jedzenie i przeciwbólowy spray do mięśni. Usiadłem gdzieś na moment, żeby spryskać sobie nogi, zjeść owoce i wypić wodę.
To był przepiękny maraton. Jeszcze nie potrafię tego ocenić, ale chyba piękniejszy od tego w Nowym Jorku. Na pewno dał mi większe poczucie spełnienia i wiary w przekraczanie własnych ograniczeń. One istnieją tylko w naszych głowach, a my mamy wielką moc. Każdy ma swojego ukrytego smoka i przyczajonego tygrysa, które budzą się, kiedy pozwolimy, by duch wziął górę nad ciałem.
Posted on lut 26, 2012 under Uncategorized |
Wow!
Nie mogę jeszcze o tym mówić ani pisać. Muszę ochłonąć. Wspaniały bieg i zaliczony 3 kontynent. Napiszę tylko tyle: Mam nową, nadspodziewanie fantastyczną życiówkę. Czas netto: 03:19:21. Nawet w marzeniach, nie nastawiałem się na taki wynik. Po prostu… poniosło mnie. :)
http://p.tokyo42195.org/numberfile/24220.html
Posted on lut 25, 2012 under Uncategorized |

Po ciepłym i słonecznym piątku, a także po optymistycznej prognozie pogody, spodziewałem się przyjemnego sobotniego poranka. Niestety na starcie Międzynarodowego Biegu Przyjaźni przywitał nas deszcz i przenikliwe zimno. Zawodnicy gromadzący się przy Tokijskiej galerii Meiji próbowali się kryć przed strugami zimnego deszczu w przepełnionych namiotach. Przybyłem na miejsce zawodów niemal w ostatniej chwili, wiec zamiast wciskać się pomiędzy skłębioną ciżbę, zdecydowałem wykorzystać czas pozostający do startu na lekką rozgrzewkę. I tak nic mnie nie uratuje przed przemoknięciem, więc chyba najlepszym wyjściem było pozostać w ruchu. Przemierzając truchtem trasę biegu zauważyłem, że jestem chyba jedyną osobą, która wzięła sobie do serca konieczność rozgrzewki. Ciekawe, czy to deszcz wszystkich wystraszył, czy rozgrzewka nie leży w kulturze biegowej Japończyków. Ale przecież byli tu przedstawiciele wielu narodów. Sam rozmawiałem z Chinką, Francuzami i Niemcami. Cóż, jutro zobaczymy jak to wygląda przed samym maratonem.
Biegacze ustawiający się na linii startu wciąż nie rozstawali się ze swoimi parasolami i płaszczami przeciwdeszczowymi. Byłem pewien, że zostawią je przed samym biegiem. Myliłem się. Nigdy w życiu nie widziałem tak dziwnego biegu, równie groteskowo wyglądającego peletonu biegaczy uzbrojonych w otwarte parasole. Ale to ja tutaj byłem z innego świata i najwyraźniej to ja w tym kraju cierpię na zaburzone poczucie normalności. Ku mojemu zaskoczeniu już po pierwszych metrach znalazłem się ścisłej czołówce. Po chwili wyprzedziłem dwóch zawodników i biegłem na trzeciej pozycji. Trasa prowadziła po dwóch 1-kilometrowych pętlach. Dobiegając do końca pierwszej pętli miałem przed sobą już tylko jednego rywala – czerwonego ninja – który najwyraźniej tracił tempo. W tym momencie okazało się, że nie ma wyznaczonego osobnego pasa dla biegnących drugie okrążenie. Wbiłem się w ciasną grupę biegaczy opuszczających dopiero linię startu. Nie było sposobu na dublowanie tak gęstego tłumu na ścieżce o szerokości ok 3 metrów. Musiałem biegnąć po krawężniku i przeskakiwać pachołki, inaczej musiałbym się zatrzymać i dreptać razem z ostatnimi maruderami. Po chwili zrobiło się trochę luźniej i właśnie wtedy minąłem czerwonego ninję, który sapał, parskał i z trudem łapał oddech niczym karp wyciągnięty z wanny. Nie mogłem uwierzyć. Biegnę pierwszy. To niemożliwe, nie jestem aż tak dobry. Napawając się tą chwilą chwały zastanawiałem się, czy czerwony ninja był zawodnikiem, czy zającem pokazującym trasę biegu. Możliwe, że teraz to ja jestem zającem który… nie zna trasy. W każdym razie meta była już za zakrętem i wystarczyło nie stracić tempa. Czułem bezpieczny zapas mocy. I wtedy się narobiło! Nie zauważyłem oznaczenia kierującego na metę i pobiegłem tak jak w pierwszym okrążeniu. Usłyszałem za sobą jakiś krzyk i kiedy się odwróciłem okazało się, że straciłem bez sensu jakieś 40 metrów. To wystarczyło, aby osoba biegnąca za mną wysunęła się na prowadzenie. Dalej do mety było już tylko 20 metrów. Nie było szans na odrobienie straty. Przybiegłem drugi z czasem 7 minut i 35 sekund. Gdyby nie pomyłka i przedzieranie się przez gęsty tłum, pewnie zaoszczędziłbym 15-20 sekund. Jak na moje możliwości całkiem nieźle, ale przecież to nie jest wyjątkowy czas. I właściwie wtedy pojąłem, że to bez znaczenia. Jestem przekonany, że wielu z tych, których „udało mi się” prześcignąć zrobiliby to dużo lepiej, gdyby tylko chcieli. No właśnie. Chyba tylko ja nie załapałem o co w tym chodzi. Nie zrozumiałem idei przyświecającej temu biegowi. Mieliśmy wprawdzie numery startowe, ale pełniły one jedynie funkcję dekoracyjną, i może jeszcze pozwalały organizatorom na odróżnienie biegaczy od nie-biegaczy. Nikt nie mierzył nam czasu, nikt nie stanął na podium i nikt nie został w żaden sposób wyróżniony. Chodziło wyłącznie wspólne celebrowanie biegania, które ponadkulturowo i ponad wszelkimi podziałami jednoczą wielką rodzinę maratończyków z całego świata. Cel był wyłącznie integracyjny i dlatego większość z nich dreptała spokojnie nigdzie się nie śpiesząc.
Po biegu tradycyjnie każdy dostał pakiet regeneracyjny. Warto się przyjrzeć pakietowi w wersji dalekowschodniej. Znalazłem w nim bułeczkę ze słodką pastą z czerwonej fasoli i drugą z nadzieniem budyniowym, dwa banany – odkryłem, że japońskie smakują tak jak polskie
Baton sojowo-pomidorowo-cytrynowy, woda i napój z aminokwasami. Do tego, w zamian za wpis na tablicy pamiątkowej, dostałem od małego chłopczyka papierową gwiazdkę origami z dedykacją zapisaną alfabetem kanji.
Czuję się po biegu doskonale. Ruszyła dawno nie oliwiona maszyna. Liczę, że dwutygodniowa przerwa w bieganiu nie odbierze mi wytrzymałości w jutrzejszym maratonie. Teraz tylko to się liczy. Resztę dnia przeznaczam na regenerację i akumulację całej kosmicznej energii.
Posted on lut 23, 2012 under Uncategorized |
Doczekałem się! Nadszedł długo oczekiwany dzień wyjazdu. Po mozołach dalekiej podróży, w poniedziałek Japonia przywitała mnie przepięknym słońcem. Droga szczęśliwie dobiegła końca, ale tego dnia marzyłem już tylko o długiej, gorącej kąpieli i miękkim łóżku. Zamieszkałem w małym hotelu urządzonym w tradycyjnym japońskim stylu i dostałem pokój z widokiem na cmentarz.
Wtorek i środę przeznaczyłem na bardzo intensywne zwiedzanie oraz stopniowe przestawianie organizmu na inną strefę czasu. 8 godzin – nic wielkiego! U nas w pracy na produkcji robią to co tydzień. Nie wiem, czy można wytrenować tę umiejętność, ale po 4 dniach ja wciąż mam z tym wielki problem. Teraz to rozumiem i doceniam. Dwa dni zwiedzania Tokio, Enoshimy i Kamakury to moc przepięknych, cudownych, fantastycznych i niezapomnianych wrażeń. Szkoda tylko, że przeżywanych w samotności. Podobno nawet najbardziej magiczne miejsca tracą swój czar, jeśli nie możesz go z nikim podzielić. Coś w tym jest. Wish you were here.
Deszczowy czwartek to najbardziej odpowiedni dzień na wizytę w Tokio Marathon Expo 2012. Odebrałem numery startowe i spędziłem klika godzin zwiedzając maratońskie targi. Expo odbywa się w hali nowoczesnego budynku Tokio Big Sight na sztucznej wyspie Oedo. Można tu dotrzeć futurystyczną kolejką Yurikamome, sterowaną wyłącznie przez komputery i sunącą po trakcji zawieszonej kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt metrów nad ziemią. Wrażenie niecodzienne i oszałamiające.
Przede mną piątek – ostatni dzień zwiedzania Tokio. W sobotę rano wezmę udział w Międzynarodowym Biegu Przyjaźni, rozgrywanym w parku Meiji na dystansie 2 km. Resztę dnia przeznaczę na odpoczynek i regenerację przed niedzielnym maratonem. Pozostaje jeszcze jeden problem: powstrzymać swój szalony apetyt na japońską kuchnię. W przeciwnym wypadku do niedzieli przybędzie mi dodatkowe 10 kg.
Zdjęcia można obejrzeć w zakładce: Galeria
Posted on lut 14, 2012 under Uncategorized |
Tęgie mrozy, które pokrzyżowały mi nieco plany treningowe, na szczęście są już za nami. W najmroźniejszym tygodniu zrobiłem sobie całkowitą przerwę. Są jakieś granice katowania się. Kiedy temperatura spada poniżej 20 stopni, mawiam zwykle: „Pier**lę, nie biegam!” Chcąc jednak zachować jakąkolwiek nadzieję na wykręcenie życiówki w Tokio, nie mogłem odkładać treningów do wiosny. W końcu mrozy odpuściły na tyle, że psy przestały łamać się na zakrętach. Ociągając się leniwie, rzucając siarczyste i szpetne przekleństwa wygramoliłem się wreszcie na biegową trasę. Po tygodniowym odpoczynku, ze zdwojoną zaciętością zabrałem się za treningi i … zaskoczyłem samego siebie. Pomimo mrozów spadających do -15 stopni, w ciągu jednego tygodnia udało mi się nabiegać łącznie 108 km. Wooow! Jeszcze nigdy nie złamałem stówy w ciągu jednego tygodnia. I to w takich warunkach! Wiem, wiem… na wielu wytrawnych maratończykach taki przebieg nie robi najmniejszego wrażenia, ale co tam. Nie odbiera mi to ani odrobinę wielkiej satysfakcji. Każdy ma własny Mount Everest. Jeszcze tylko kilka dni, jeszcze klika ostatnich treningów i w najbliższą niedzielę wylatuję do Japonii. Co nabiegałem, to nabiegałem. 26 lutego okaże się ile warta była moja praca.
Ale dzisiaj nie to jest najważniejsze. Są przecież walentynki i nie bieganie mi w głowie…
Posted on sty 18, 2012 under Uncategorized |
Stolica Japonii to trzeci przystanek na mojej maratońskiej mapie świata. Po maratonach w Europie i Ameryce Północnej moim celem stała się Azja. Ze wszystkich azjatyckich kultur i narodowości właśnie kraj kwitnącej wiśni fascynował mnie zawsze najbardziej. Ojczyzna Akira Kurosawy i Haruki Murakamiego, Musashi Miyamoto i Hattori Hanzō. Ziemia na której narodziły się Haiku, Tanka, Harakiri i Kamikaze.
Dzisiaj dzieli mnie dokładnie miesiąc od wyjazdu. 19 lutego 2012 ruszam w moją dalekowschodnią podróż, a 26 lutego zamierzam przebiegnąć maraton w Tokio. Termin biegu jest o tyle niefortunny, że najbardziej intensywny okres bezpośredniego przygotowania startowego wypada na styczeń i luty. Od kilku dni nasze polskie drogi i chodniki pokryte są grubą warstwą śniegu. Jeśli uda mi się uniknąć jakiejś fatalnej kontuzji, to obiecuję sobie przywieść do kraju nową życiówkę. Mam ku temu szczególne powody. Ale to moja bardzo słodka tajemnica
Posted on sty 01, 2012 under Uncategorized |
Od kilku lat moi ZABIEGANI koledzy, wraz z nastaniem zimy regularnie zamieniali buty biegowe na kąpielówki. Powstała nawet sekcja ZMORSOWANI. Ja, jako typ raczej ciepłolubny i gorącokrwisty patrzyłem na to z mieszaniną przerażenia, obrzydzenia i niedowierzania. Po co to wszystko? Żeby udowodnić jakim jestem twardzielem, bo wytaplam się w przeręblu? Albo, że nawet skurczony w zimnej wodzie wyglądam okazale? Wreszcie zawstydzony przez młodszą koleżankę z klubu, która bez wahania podjęła wyzwanie, pomyślałem: „Jak mam coś krytykować i wymądrzać się, to powinienem tego chociaż raz spróbować. Jeden raz. Nie więcej. Mowy nie ma!”
Nowy Rok, to dobra okazja do wyprawiania rzeczy szalonych, głupich i niedorzecznych. Muszę przyznać, że tego dnia z jakiegoś powodu naprawdę chciałem to zrobić. Ciekawość wzięła górę nad rozsądkiem. Po zapoznaniu się z kilkoma internetowymi radami dla początkujących morsów, zgromadziłem niezbędne akcesoria i w noworoczne przedpołudnie pojawiłem się w stałym miejscu spotkań ZMORSOWANYCH. Jako debiutant zostałem entuzjastycznie powitany i po wymianie noworocznych życzeń rozpoczęliśmy rozgrzewkę. 3,5 kilometrowa przebieżka wystarczyła by wprowadzić organizm na właściwe obroty. Czułem, że jest mi już bardzo ciepło i jestem gotowy. Kilkunastoosobowa grupa morsów pośpiesznie zrzuciła ubrania, a Zenek i Tete uzbrojeni w siekiery do rąbania lodu ruszyli pierwsi. Cienka tafla łatwo pękała. Zostałem pouczony, że na te cienkie kawałki lodu trzeba bardzo uważać, bo potrafią przecinać skórę jak szkło.
Zanurzałem się w wodę powoli, ostrożnie odgarniając unoszące się na wodzie ostre odłamki. Kiedy woda sięgała mi do połowy ud. pomyślałem: „Ci ludzie jednak są nienormalni. Zimno jak skur(…), Naprawdę, jest się czym podniecać!” Dwie koleżanki obok mnie zanurzyły się już po szyję. Myślę „Nie, tego nie zrobię” Ale słyszę ich okrzyki: „No… dalej, zanurzaj się”. I nagle to poczułem. Miliony gorących igiełek wbijających się w skórę. Już mi nie było zimno. BYŁO GORĄCO! Fantastyczne uczucie. Bez dalszego wahania przykucnąłem zanurzając się po szyję. Odlot. Ledwie jednak zacząłem się tym delektować, usłyszałem „Michał! Wystarczy. Za pierwszym razem nie możesz tak długo.” Posłuszny radom doświadczonych kolegów wynurzyłem się z wody i przyjąłem butelkę z szampanem. Tak się wita Nowy Rok! Kilka łyków musującego trunku i znów pod wodę „Jeszcze tylko trochę, zanim mnie wygonią”

Opuszczając kąpiel w prawdziwie szampańskim nastroju, czułem te rozkoszne miliardy igiełek na całym ciele. Stałem mokry na brzegu w samych kąpielówkach i przy temperaturze bliskiej zeru napawałem się doskonałym samopoczuciem. Było mi tak ciepło, rozkosznie wręcz. Adrenalina i endorfiny buzowały w żyłach jak szalone. Byłem na ostrym haju, zdrowym haju i co najważniejsze zupełnie legalnym. Kiedy się osuszyłem, przebrałem w suche rzeczy i uraczyłem gorącą herbatą z termosu, byłem już tylko o krok od nirwany.
Kiedy pożegnałem przyjaciół i wracałem samochodem do domu usłyszałem w radiu kawałek Dire Straits „Money for Nothing”. I to był ten brakujący krok. Przez następną godzinę banan nie odklejał się od mojej twarzy.
http://www.youtube.com/watch?v=wTP2RUD_cL0&feature=related
Posted on lis 20, 2011 under Uncategorized |
Piszę te słowa w pociągu do Waszyngtonu, wypełniając czas 3,5 godzinnej podróży ze stolicy świata do stolicy Stanów Zjednoczonych. Dwa dni po maratonie, kiedy emocje już opadły mogę na wszystko spojrzeć nieco chłodniejszym okiem. Do USA przybyłem tydzień wcześniej, aby mieć trochę czasu na zaaklimatyzowanie się i dostosowanie organizmu do innej strefy czasowej. Był to tydzień spędzony aktywnie – choć nie sportowo, bo oszczędzając siły na maraton wykonałem tu tylko jeden trening. Ale po kolei.
Ostatni tydzień – the Final Countdown
W podróż wyruszyłem w niedzielę 30 października. W drodze do Stanów miałem międzylądowanie w Madrycie, co wykorzystałem aby rzucić okiem na stolicę Hiszpanii. Lot do NYC zaplanowałem na kolejny dzień. Madryt wieczorem tętnił życiem. Restauracje i ulice pełne ludzi. Gwar, dźwięki gitary, stragany ulicznych handlarzy wypełniały przepiękne ulice starego miasta. Nie dość czasu, by się tym wszystkim nacieszyć.
W poniedziałek, wsiadłem na pokład samolotu do Nowego Jorku. Po przylocie na JFK okazało się, że zginął mi jeden bagaż. Na szczęście, nie ten najważniejszy z rzeczami do biegania. Z lotniska odebrał mnie kuzyn Robert, mieszkający nieopodal Nowego Jorku. Powitał mnie słowami „Jest źle!” Okolicę, w której mieszka nawiedziła potężna burza śnieżna, powodując brak prądu, ogrzewania, dostępu do telewizji i internetu dla kilkuset tysięcy mieszkańców okolicznych stanów. Po drodze widziałem mnóstwo połamanych drzew i słupów z trakcjami elektrycznymi, a wszystko przykryte zwałami śniegu. Tak miało być jeszcze przez kilka dni, zanim ciepłe słońce nie roztopiło śniegu, a służby ratunkowe ściągnięte z połowy kraju nie uporały się ze skutkami żywiołu.
Wtorek przeznaczyłem na odpoczynek po podróży, trening i spędzenie czasu z rodziną.
W środę rano, pożyczonym samochodem wybrałem się na wycieczkę do Kanady – a konkretnie na kanadyjską stronę wodospadu Niagara. Z uwagi na sporą odległość musiałem na tę podróż przeznaczyć dwa dni, z jednym noclegiem w Kanadzie. Długo można by opisywać oszałamiający widok tego cudu natury, szczególnie w nocy, kiedy rozświetlony jest wielobarwnymi reflektorami. Kiedy w czwartek wieczorem wróciłem do domu Roberta był już prąd, a bagaż został odnaleziony i dostarczony pod wskazany adres.
W piątek wieczorem Robert odwiózł mnie do hostelu na Manhattanie. Tego dnia planowałem odwiedzić targi maratońskie i wziąć udział w ceremonii otwarcia w Central Parku. Niestety różne okoliczności opóźniły nas wyjazd, a zakorkowane ulice dołożyły swoje. Ceremonia otwarcia przeszła mi koło nosa, a odbiór pakietu też musiałem odłożyć na sobotę.
NYC Marathon Expo
-
-
Nazajutrz po śniadaniu udałem się metrem do Javits Convention Center, gdzie odbywały się targi. Od razu rzucał się w oczy rozmach całego przedsięwzięcia. Wielka hala, w której znajdowało się Expo wypełniona była niezliczonymi stoiskami producentów sprzętu sportowego, odżywek i innych. Wiele z nich oferowało darmowe próbki swoich produktów. Były także pokazy multimedialne, które pozwalały siedząc na krześle przemierzyć całą trasę maratonu obserwując wszystko oczami zawodnika. Odbiór pakietu był nieco bardziej złożony niż przywykłem na biegach w Polsce. Do pierwszej bramki musiałem zgłosić się z paszportem i dokumentem rejestracyjnym. Po otrzymaniu pieczątki „ID Approved”, mogłem wejść do następnego pomieszczenia, gdzie w sektorze właściwym dla mojego numeru odbierałem numer startowy z chipem i biletem upoważniającym do skorzystania z transportu do strefy startu. Dalej zostałem skierowany do odbioru pakietu z koszulką, gadżetami, odżywkami i całą furą reklam. Później można było wykupić bilet na pasta party, jednak opłata w wysokości 40$ odebrała mi apetyt.
Tego dnia, mimo świadomości, że trzeba kumulować siły na niedzielny bieg, nie mogłem oprzeć się pokusie zwiedzania Nowego Jorku. Trochę metrem, trochę piechotą do późnego wieczora zwiedzałem Times Square, Ground Zero (teren po WTC), chińską, włoską oraz polską dzielnicę. Po powrocie do hostelu przygotowałem wszystko, co będzie mi potrzebne następnego dnia i położyłem się spać.
The Big Day
Długo to sobie nie pospałem. O godzinie 3:30 zbudził mnie alarm mojej komórki. Rusz tyłek przyjacielu. Nie po to tu przyjechałeś, żeby się byczyć na wyrze. Autobus do strefy startu odchodził z odległej części Manhattanu o 5:30. Ubranie, bułeczka, porcja carbo i w drogę. W metrze o godzinie 4:30 połowę pasażerów stanowili maratończycy zmierzający do swoich punktów transportowych. Łatwo było ich rozpoznać (poza obuwiem) po identycznych, przeźroczystych torbach UPS – jedynych dopuszczalnych na starcie. O godz. 5:00 na wyznaczonym miejscu ustawił się rządek autobusów, do których wchodzili już pierwsi pasażerowie. Po sprawdzeniu numeru startowego z biletem zostałem wpuszczony do autobusu na pół godziny przed wyznaczonym czasem. Transport do Fortu Wadsworth, gdzie mieściła się wioska maratońska zajął ok. 40 minut i kończył się przejazdem przez most Verrazzano-Narrows, tym samym na którym rozpoczynała się trasa maratonu.
Na miejscu prawie pustki. Jeszcze ciemno. Chyba przybyłem jednym z pierwszych transportów. Pod namiotami mieściły się punkty, w których można było dostać kawę, herbatę, batony energetyczne i bułki. Każdy dostawał też ciepłą czapkę. Do startu wciąż pozostały 4 godziny. Było dość chłodno i niewiadomo czym zabić ten czas. Wciąż napływały kolejne transporty i strefa startu stopniowo gęstniała. Wszędzie było pomarańczowo od czapek rozdawanych przy wejściu. Wkrótce zrobił się tłok, wykluczający możliwość rozgrzewki. Nie sposób znaleźć miejsca, w którym można spokojnie robić wymachy bez obawy, że wybiję komuś zęby. O bieganiu nie wspomnę.
Godzinę przed startem pojawiły się komunikaty wzywające zawodników do ustawiania się w swoich sektorach. Szybko oddałem do depozytu swoje rzeczy. Ostatnia wizyta w przybytku Mr John (ichniejszy toitoi) i biegiem na start. Już 45 minut przed sygnałem do biegu bramki zostały zamknięte, a zawodnicy upakowani jak sardynki czekali bez ruchu na swój wielki moment. Czas zwolnił niemiłosiernie. Wreszcie zabrzmiał amerykański hymn, a tuż po nim nastąpił wystrzał armatni. Na to od miesięcy czekałem z taką niecierpliwością. Ruszyłem przy dźwiękach piosenki Sinatry „New York, New York”.
Zostałem przydzielony do startu w pierwszej fali o godz. 9.44. Po niej nastąpiły dwie kolejne w półgodzinnych odstępach. W ten sposób podzielona została ta niewyobrażalna masa – ponad 47 tysięcy biegaczy. Miałem poczucie rozpierającej energii, ale obiecałem sobie zacząć naprawdę powooooli. Brakowało mi rozgrzewki, a pierwsza mila maratonu to stromy podbieg. Zacząłem w tempie 6 min / km. Wszystko zgodnie z planem, który opracowałem sobie przed wyjazdem analizując profil trasy. Ściągę z zaplanowanym tempem dla poszczególnych odcinków przymocowałem do polskiej flagi, którą zatknąłem przy spodenkach.
Na moście otworzył się przede mną malowniczy widok Manhattanu, tak odległego, iż trudno było sobie wyobrazić, że właśnie tam muszę dobiegnąć. Druga mila poszła z górki. Biegnąc w tempie 4:40 czułem, że mam jeszcze spory zapas mocy – ale tej mocy musiało starczyć na 26,2 mili, więc trzymałem się planu. Bieg przez most był jedynie cichym wstępem przed prawdziwą burzą. Po drugiej stronie mostu zaczynał się Brooklyn, gdzie zderzyliśmy się z nawałnicą owacji. Byliśmy chyba w dzielnicy latynoskiej, ponieważ dominowały flagi Meksyku i Chile. Wrzawa podekscytowanych, gęsto zgromadzonych przy trasie kibiców miała nam towarzyszyć przez resztę biegu. Aż trudno sobie wyobrazić, jak całe miasto może zjednoczyć się wokół tego sportowego święta. Owacje i muzyka – nieustanna kanonada dźwięków, napełniała nas tak potrzebną energią. Co kilkaset metrów stały zespoły muzyczne, czasem pojedynczy grajkowie, a czasem całe orkiestry, albo murzyński chór gospel. Mieszkańcy mijanych dzielnic z własnej inicjatywy wystawiali głośniki i puszczali muzykę, rozdawali słodycze, pączki i owoce. W tej niepowtarzalnej atmosferze parłem do przodu w równym tempie 4:55 min/km. Bieg przez Brooklyn był jak bieg dookoła świata. Co kilka ulic rozpoczynała się inna narodowa dzielnica. Z niecierpliwością czekałem na półmetek, gdzie mieścił się „polski” Greenpoint.
Zanim to nastąpiło, na 10 mili maratonu nieoczekiwanie wbiegliśmy w strefę niemal zupełnej ciszy. Aż w uszach dzwoniło. Zmieniło się też otoczenie. Żadnych kibiców. Na budynkach napisy w języku hebrajskim. Po chodnikach nerwowo przemykali jednakowo ubrani jegomoście w czarnych płaszczach, czarnych kapeluszach z brodami i długimi, zakręconymi pejsami. To Williamsburg, dzielnica chasydów – ortodoksyjnych żydów. Oni nie kibicują, bo są obrażeni. W maratońską niedzielę zabroniono im handlować. To surrealistyczne przeżycie szybko dobiegło końca i kilka ulic dalej znowu przywitał nas wrzask z setek gardeł i muzyka.
W końcu oczekiwany Greenpoint. Polskie napisy na sklepach w stylu „Sklep mięsny – Kiszka”, Piekarnia staropolska” itp. I polskie flagi. To był właśnie moment by rozwinąć nad głową własną flagę i zarobić na osobiste owacje. I zarobiłem sporo. Naładowany pozytywną energią od rodaków opuściłem Greenpoint przebiegając Pulaski Bridge. Starczyło jeszcze sił, by zmierzyć się z kolejnym, prowadzącym nas na Manhattan mostem Queensboro – najtrudniejszym odcinkiem całej trasy. Długi podbieg po betonowo-żelaznej konstrukcji w niemal zupełnej ciszy wysysał z nas energię. Tu wiele osób przestawało biegnąć. W ubiegłym roku nawet mistrz Haile tutaj się poddał. Ja tylko planowo zmniejszyłem tempo do 5:30. Zaraz za mostem, kiedy doznania akustyczne wróciły do normalnego poziomu przyśpieszyłem do 4:50. Manhattan okazał się trudniejszym wyzwaniem niż Brooklyn, czy Queens. Teren nieustannie wznosił się lub opadał, jednak przez kilka dobrych mil udawało mi się utrzymać założone tempo – aż do kolejnych mostów. Tutaj nie wytrzymałem i musiałem sporo zwolnić. Wpierw wbiegliśmy z Manhattanu na Bronx, by po chwili innym mostem wrócić na Manhattan. Na Bronksie zdominowanym przez czarnoskórych mieszkańców, doping był charakterystyczny. W pamięci utkwiło mi hasło „Run like you stole something” (biegnij jakbyś coś ukradł). Z bezradnością obserwowałem odczyty na moim zegarku. Widziałem jak wymyka mi się mój wymarzony czas i szansa na życiówkę. Biegłem przez Harlem w narastającym otępieniu, nie myśląc o zmęczeniu, ani o tym ile jeszcze zostało do mety. Moje pole widzenia zdawało się zawężać do środkowego pasa, a dźwięki ulicy dla mnie jakby ucichły. Nie jestem pewien jak długo trwałem w tym stanie półświadomości. Nagle biegłem już piątą aleją wzdłuż Central Parku. Oznaczenie trasy wskazało 3 mile do mety. Jeszcze góra 25 minut i będzie po wszystkim. Muszę przyśpieszyć. Jak wytrzymam to jeszcze coś z tego ugram. Ale jeszcze nie teraz… może za następnym wzniesieniem. To właśnie ten moment kiedy w maratonie walka jest najtrudniejsza. Walka ze słabością psychiczną, kiedy nogi już nie mogą i tylko mocna determinacja pozwala wyzwolić z siebie resztkę energii. Ostatkiem sił przyśpieszyłem podążając krętymi uliczkami Central Parku.
Jeszcze 1 mila. Dobiegam do Columbus Circle. Stąd już tylko 600 metrów. Kątem oka widzę biegnącą obok dziewczynę, która nagle, w pełnym biegu traci przytomność. Jakby ktoś odłączył ją od matriksa. Niczym marionetka z przeciętymi sznurkami pada twarzą na asfalt nawet nie zasłaniając się rękami. Stojący przy trasie ratownicy w mgnieniu oka rzucili się na pomoc. Tak bywa kiedy determinacja jest silniejsza od organizmu. Dla niej maraton skończył się przedwcześnie. Mnie czekało jeszcze kilkaset metrów. Resztkami sił zdobyłem się na to, by jeszcze trochę przyśpieszyć. Ponownie wyciągnąłem polską flagę zatkniętą przy spodenkach i wbiegłem na metę rozwijając ją nad głową. Ukończyłem maraton w Nowym Jorku z czasem 3:30:43 zajmując 5630 miejsce. Jestem spełniony.
Spacer Farmera
Zdziwił się ten, kto za linią mety liczył na chwilę wytchnienia. Czekał nas jeszcze obowiązkowy, ponad kilometrowy spacer. Kto nie miał siły, został zabierany przez służby medyczne. Napływająca masa finiszujących maratończyków zmuszała organizatorów do oczyszczania terenu wokół mety. Każdy dostawał medal z gratulacjami, pakiet regeneracyjny i koc termiczny, ale popędzani przez służby porządkowe musieliśmy wciąż posuwać się do przodu wąskimi alejkami parku. Na końcu tej drogi wychodziliśmy na ulicę przy której stały ciężarówki UPS z naszymi depozytami. Dopiero tutaj mogliśmy na chwilę usiąść, przebrać się i trochę dojść do siebie. Stąd to hostelu miałem jeszcze około 3 kilometrów. Najłatwiej było podjechać metrem, jednak zdecydowałem pokonać ten dystans piechotą. Najgorsza rzecz po maratonie to przestać się ruszać. Z tą myślą brnąłem powoli przed siebie, zatrzymując się czasem przy jakiejś ławeczce. Kilka ostatnich przecznic i wreszcie – Broadway Hostel. W końcu zasłużony prysznic, posiłek, na chwilę do łóżka i … z powrotem na miasto. W takim miejscu jak Nowy Jork szkoda marnować choćby minuty.
Posted on paź 25, 2011 under Uncategorized |

25 września, równo 6 tygodni przed najważniejszym startem tego sezonu odbyła się próba generalna i ostatnia mocna zaprawa. 33 Maraton Warszawski odbył się w tym roku na nowej, szybszej ale zupełnie nieciekawej trasie. Organizatorzy wywiedli nas dosłownie w pole i w las. Przyczyną jest budowa nowej linii metra, która jest powodem zamknięcia kilku ważnych miejsc przez które przebiegała stara trasa. Te zawody potraktowałem na maksymalnym luzie, jako zwykłe niedzielne długie wybieganie. Jak pisałem w poprzednim poście chciałem przy tej okazji dotrzymać towarzystwa Darkowi, który biegł swój pierwszy maraton. Darek spisał się fantastycznie! Wytrzymał do końca. Mimo potwornego zmęczenia, walczył dzielnie o każdy metr by ukończyć bieg z czasem 3 godziny i 56 minut. Gratulacje Darek! W pierwszym maratonie złamałeś 4 godziny. Wielu starych wyjadaczy mogłoby Ci pozazdrościć!
19 września 2011
Do rzeczy. Już tylko niespełna 7 tygodni dzieli mnie od startu w najważniejszym maratonie świata. 6 listopada pobiegnę w Nowym Jorku! Odkąd przed dwoma laty spełniłem swoje marzenie biegacza i ukończyłem pierwszy maraton, 6 mBank maraton w Łodzi, własnie BIG APPLE stał się moim marzeniem i nowym celem. Bez większych nadziei spróbowałem szczęścia w loterii i … zostałem wylosowany! A więc Nowy Jork. To się naprawdę dzieje! Już prawie wszystko jest dopięte na przedostatni guzik. Załatwiłem już wizy, bilety na samolot, noclegi i dolary. Zostają jeszcze trzy najważniejsze rzeczy: trening, trening i jeszcze raz trening. Gdzie jak gdzie, ale tam nie mogę dać plamy. Muszę dać z siebie maksa z plusem. Ach… i jeszcze jedno. Ostatnia próba bojowa – ostateczny test sprzętu który zabiorę tam ze sobą. Już w najbliższą niedzielę 25 września wystartuję w Maratonie Warszawskim. Sprawdzę nowe buty, odżywki oraz własne siły by z jak największą precyzją ocenić swoje możliwości, realne tempo jakie jestem w stanie utrzymać na takim dystansie. Przy okazji chcę zrobić dobry uczynek i poprowadzić przez cały bieg mojego debiutującego kolegę Darka Gładysza. Kto biega maratony, ten wie jak ważne jest psychiczne wsparcie kolegi w tych najtrudniejszych chwilach po 30 kilometrze. A Nowy Jork to zaledwie początek…
13 września 2011
Oto rodzi się idea czegoś, co ma stać się największą przygodą mojego życia. Chodzi o niesamowite przeżycia i doświadczenia, które staną się moim udziałem na drodze do zdobycia maratońskiej korony świata. Już nawet nie o bieganie, bo w sumie… czy ja lubię biegać? Męczy się człowiek potwornie na treningach, zamiast usiąść wygodnie na kanapie i pochylając się nad wielkim kubłem skrzydełek z KFC oglądać powtórki seriali. Więc po jakiego grzyba biegam? Hmm… chyba dlatego, że nie potrafię latać. Nic nie zastąpi tej chwili chwały kiedy po przebiegnięciu 42 kilometrów, słaniając się na nogach przekraczam linię mety. Kiedy odbieram medal i butelkę wody. Boże, jak ta woda wtedy smakuje! A kiedy wiem, że właśnie przekroczyłem kolejną granicę własnych możliwości, kiedy znów udało mi się poprawić wynik, biegnąc powyżej własnych oczekiwań wtedy łzy nie pozwalają mi obejrzeć odebranego przed chwilą trofeum. Czuję, że żyję. I czuję to mocno w kolejnych dniach, kiedy bolą wszystkie mięśnie, stawy i ścięgna. Kiedy nie potrafię postawić stopy nie narażając się na przenikliwy ból. Kiedy rano stoję przed schodami do biura i nie potrafię się po nich wspiąć. Wtedy wiem, że żyję i wszystko przypomina mi o tym napełniając mnie przedziwną, masochistyczną satysfakcją.
27 sierpnia 2011
Najtrudniej zrobić pierwszy krok Hmmmm… Zawsze najtrudniej jest zacząć. Tak było ze wszystkim, z moim bieganiem, z nauką gry na gitarze, a teraz z prowadzeniem bloga…. Najtrudniej zacząć, ale później jakoś to idzie, jeśli tylko podszyte jest prawdziwą pasją i pragnieniem by w moim życiu zadziało się coś nowego i ekscytującego. Warto dać się ponieść, bo nigdy nie wiadomo dokąd Cię poniesie.